Zaiste czas pobytu w domu nieubłaganie prędkim truchtem dobiegł końca. A moja gotowość do ruszenia w drogę równa jest poziomowi -1. Działam dziś równie szybko jak mój internet. A to znaczy, że postępy moich ruchów można by liczyć w latach świetlnych. Problem pogarsza dodatkowo moje niezdecydowanie w wyborze rzeczy "niezbędnych". W moim bowiem przypadku termin niezbędny to baaardzo szerokie pojęcie.
By przyjrzeć się obiektywnie temu problemowi postanowiłam zinwentaryzować dobytek, z którym mam najwięcej problemów, czyli..... torrrrrrebki!
A choć zdecydowana większość z nich jest niewielkich rozmiarów to problem jest znaczny.
To owe niektóre. Te małe zmory.
...
A ostatnio nawet Zizu przyczłapała do mnie. To zapewne znak, że koniec świata blisko. Zwykle nie targa się na takie szaleństwa.
Moja Moose Sis poprosiła o Brother Bear tisirt i oto on:)
...
W dodatku natknęłam się na kolejną dramulę. O-la-boga.
Jedyne co na razie mogę powiedzieć to, że City Hunter ma niesamowity OST.
Sad Run
Glory of the City
City Hunter
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz