Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzea. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Manggha - parawany i lalki

Relacja z dwóch ostatnich wystaw, które odwiedzić TRZEBA jeśli choć trochę interesujecie się Japonią, lub WARTO jeśli zbytnimi pasjonatami nie jesteście. Dlaczego?
Nic od dawna nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak parawany japońskie. Spodziewałam się, że będą piękne. Czytałam co nieco o sztuce, nieraz przybywałam do Mangghi, by oglądać wystawy o przeróżnej tematyce, głównie dziesiątki, czy nawet setki drzeworytów. Ale chyba rzadko do tej pory miałam do czynienia z tak dekoracyjnymi i wielkoformatowymi eksponatami jak parawany. Są czymś co koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy, szczególnie, że nieczęsto są wystawiane. A problem w tym, że zdjęcia w żaden sposób nie są w stanie oddać choćby małej cząstki ich uroku. Nawet takie mega profesjonalne.


Japonka - jeden z moich ulubionych.
Małpki :)
Natomiast żurawie absolutnie zajęły miejsce pierwsze.
Selca z sabaką. Wydanie muzealne. Bo w lustrze są zbyt mainstreamowe ;)
***

Ball-Jointed Dolls w skrócie BJD, czyli lalki kolekcjonerskie, pojawiły się na wystawie o tytule "To nie są lalki dla dzieci". Jak dla mnie hasło trafione w dziesiątkę. Już widzę ten wyraz twarzy ich właścicieli pełen frustracji, kiedy po raz kolejny tłumaczą, że to nie są po prostu zabawki i że nie, córeczka nie może się nimi pobawić. Największy ich urok tkwi zapewne w samym dziele kreacji, kiedy właściciel może sam nadać kształt swojej lalce, nakreślić pewne indywidualne cechy, które uczynią ją jedyną i niepowtarzalną. Mogą być słodkie i urocze, ale mogą być również melancholijne, smutne, poważne, a nawet prowokujące. Tak naprawdę wszystko zależy od wyobraźni twórcy.


Tylko jedno. Jej szpilki O.o

 Koniecznie zobaczcie w:

wtorek, 26 listopada 2013

Wynurzenia muzealnego lemura

Dwie myśli dni ostatnich. Obydwie wychodzą od poniższego obrazu pana Ferdynanda. Po pierwsze - uwielbiam gapić się w niebo. W nocne nawet całymi godzinami. Niestety realia krakowskie jakoś mi tego nie umożliwiają. Jeśli nie przyćmią gwiazd światła miasta, uczyni to niewątpliwie legendarny smog. Wiem jednocześnie, że nie brzmię zbyt przekonująco. W końcu nad głowami ostatnio nic innego jak szarobura pierzyna darząca nas jedynie deszczem. Jednak zmienność nieba, wschody i zachody, pioruny i gama najróżniejszych odcieni są dla mnie wycinkiem piękna świata, którego nie można nie zauważyć. Głowa do góry!
I tu przechodzę do mojej ostatniej wizyty w Warszawie. Będąc na wystawie Guercina, wylądowałam ostatecznie jeszcze w galerii sztuki polskiej XIX i XX w. Tam totalnie spiorunowało mnie niebo na obrazie, co ciekawe noszącym tytuł Ziemia. Perspektywa sąsiedniej sali zrobiła swoje. Moja cyfrówka zjadła wszystko co tylko można, dlatego zdjęcie jest jakie jest. Ale może to i dobrze. Bo chciałabym zwrócić na jeszcze jedną rzecz uwagę.


Ferdynand Ruszczyc, Ziemia, 1898. Muzeum Narodowe w Warszawie.

A mianowicie. Do malarstwa trzeba się pofatygować. Trzeba przed nim stanąć. Postarać się uporać ze światłem odbijającym się od werniksu i nie dać się oślepić. Znaleźć ślady pędzla, lub ich brak. Przyjrzeć się spękaniom. Połazić wte i wewte... Wtedy dopiero można zrozumieć czym jest sztuka i o co tyle zachodu. Reprodukcje są wszędzie. I niech będą, ale same w sobie nie są wystarczające. I jasne przy obecnej technice robi się zdjęcia o takiej rozdzielczości, że można oglądać zezwłok muchy pomiędzy chlapnięciami Pollocka (nie miała zbyt wiele szczęścia biedaczyna). Jednak wszystko to wymięka chociażby w przypadku takiego Matejki, którego niejedno dzieło ma powierzchnie większą, niż moje poprzednie mieszkanie. Te małe obrazeczki na marginesach książek do historii przy tym są ostatecznie nieco zabawne - nie żebym była jakimś szczególnym orędownikiem naszego mistrza scen historycznych, ale jak się już stanie oko w oko z tymi kolosami to człowiek trochę potulnieje. Zresztą mnie zawsze fascynowało to jak można malować na takiej połaci i wszystko jest składne i proporcjonalne.  Już nie raz musiałam przeprosić jakiś obraz za brak uznania, gdy dane mi było w końcu skonfrontować się z oryginałem.
A skoro pogodna obecnie nie zachęca, ani do długich spacerów, ani wylegiwania się na plaży, za niedługo również do zdobywania górskich szlaków. To może najlepszy czas, by odwiedzić muzea, które tak stanowczo się ignoruje - wiem po sobie jak często idę z własnej woli, a jak często jest to element zajęć. Biedni studenci nie bój nic - zawsze jakiś dzień w tygodniu jest darmowy. Trzeba tylko uważać na rozwrzeszczane wycieczki. Tak, to jest jedyne ryzyko pójścia do muzeum. Głuchota i ewentualny uszczerbek na psychice - nie polecam godzin zajęć lekcyjnych. Nie spać! Zwiedzać!


środa, 29 maja 2013

MIP: UFO

Dotarłam do domu ze stertą notatek z hiszpańskiego i angielskiego. Z radością przyjęłam nowinę, że piątek mam jednak wolny, bo groził mi powrót do Krakowa bladym świtem. W dodatku z pierwszym (szkicowym) rozdziałem mojej pracy magisterskiej, który jak na ten moment jest w powijakach, tzn. mam książki i... to właściwie tyle. Dostałam tydzień w prezencie, więc jest ok.



***

W weekend majowy miałam okazję odwiedzić Podlasie, w tym m.in. Galerię Arsenał w Białymstoku. Był to iście współczesny przerywnik na szlaku barokowych perełek. Z miejsca dopadła mnie spora ilość wszelkiej maści neonów, od których ledwo co zdołałam się oswobodzić. Ich obecność spowodowała u mnie chęć ucieczki, którą jednak przezwyciężyłam docierając do ostatniej sali, właściwie pofabrycznej hali, pełnej projektów pewnego kosmicznego spodka. Istnieje bowiem, można by rzec, legenda IIWŚ, która mówi o zagadkowej maszynie latającej stworzonej przez Niemców przypominającej UFO - superbroni mającej przesądzić o losach wojny i świata przy okazji. Wieść niesie, że potem przejęli ją Amerykanie i z tego powodu wniknęła cała heca z Roswell. Jak było - nie wiadomo, artyście jednak to nie przeszkadza, sam stworzył projekty i rekonstrukcje fotograficzne.


GALERIA ARSENAŁ - warto odwiedzić będąc w Białymstoku.

PS. Problem z galeriami sztuki współczesnej polega na tym, że kiedy człowiekowi w końcu uda się znaleźć ubikacje, musi się porządnie zastanowić: czy jest to rzeczywista toaleta czy może jedynie część ekspozycji? :D






środa, 8 maja 2013

Utamaro i gejsze

Nadszedł czas na ponowne odwiedzenie Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. A wszystko za sprawą Utamaro i jego drzeworytów. Bardzo lubię tam wracać, bo zwykle nie mam zbyt wielu możliwości do bezpośredniego kontaktu z kulturą azjatycką.


Niesamowicie przypadła mi do gustu aranżacja wystawy. Z jednej strony bardzo ciemne akcenty kolorystyczne, jeszcze bardziej podkreślające panujący na sali półmrok, kontrastujące się z jasnymi planszami drzeworytów. Z drugiej strony elementy różu, którego jestem wielką fanką, przez co usłyszałam ostatnio krytyczne słowa z ust kuzynki, uczennicy podstawówki. Potem dowiedziałam się jeszcze, że nie można lubić jakiegoś koloru i mieć w nim co najwyżej cztery ubrania, to przeczy wszelkiej logice :). Co do samej wystawy, Utamaro nie muszę tu chyba zbytnio reklamować. Biorąc pod uwagę, że jest to pierwsza taka możliwość zobaczenia jego prac, gorąco polecam wybranie się na nią, połażenie w półmroku i popodziwianie frywolnych kobiet nalewających nitki, lub parzących kokony jedwabników, myszy siedzących zarówno pod jak i nad miotłą, zgorszenie się nieprzyzwoitościami obrazów wiosennych, których opis najtrudniej jest przeczytać na wściekle różowym tle.


Druga wystawa prezentuje fotografie Małgorzaty Olejniczak, na których zobaczyć można gejsze podczas święta Baikasai. Tym razem aranżacja okazała się zupełnie niebanalna. Fotografie nie wisiały bowiem na ścianie, lecz były wyświetlane na kilku powieszonych równolegle do siebie tkaninach. Dzięki temu jeszcze bardziej dało się odczuć jakąś niezwykłą lekkość i ulotność. Po raz kolejny dotarło do mnie, że te dziewczyny, pomimo iż mamy XXI w., dalej żyją według zasad ustalonych w przeszłości. Nadal przechodzą ciężką szkołę by stać się tajemniczą i podziwianą gejszą, malują twarz i noszą misternie przygotowane fryzury... Przypomina mi się jeden z odcinków Kobiety na krańcu świata, który opowiada właśnie o współczesnych gejszach i ich codzienności.


Na stronie muzeum można dowiedzieć się nieco więcej o wystawach: Utamaro - Inne spojrzenie i Gejsza - Istota piękna.



niedziela, 10 czerwca 2012

przydatne linki dla fanów Japonii i japońskiego

   Ostatnio trochę mniej jestem w tym temacie. Jednak chciałam pokazać Wam kilka miejsc, które na samym początku odkryły przede mną Japonię oraz  pomogły mi z nauką języka. Ciągle jednak pozostaję w fazie początkowej zaznajomienia się z nim... niestety: obowiązki. I tym sposobem w ostatnich miesiącach nie zajrzałam do japońskiego :(

weheartit.com

 O Japonii:
-Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej: Manggha- co tu dużo mówić... warto odwiedzać:) http://www.manggha.krakow.pl/ 
-Japoneczka- kultura, sztuka i ciekawostki z Kraju Kwitnącej Wiśni. http://www.japoneczka.pl/
-Japonka w Polsce- czyli trochę na odwrót. http://momo-japonia.blog.onet.pl/
-Japonia.org- różne ciekawostki, nowości na rynku polskim, info o wydarzeniach na terenie naszego kraju. http://www.japonia.org.pl/ 
-Konnichiwa.pl- i znowu garść informacji oraz spora dawka linków, przyporządkowanych do konkretnych kategorii, mam nadzieję, że nie zdublowałam się z nimi zbytnio. Dużo z nich odnosi się do mangi i anime, są też sklepy internetowe, strony na temat sztuk walki czy kilka organizacji związanych z Japonią. Znajdziecie też info o japońskiej muzyce, bo przyznam, że w tej kategorii jestem zupełnie niezaznajomiona.  http://www.konnichiwa.pl/ 

Wsparcie w nauce języka:
-Hiragane Megane: wklejamy link strony, poszczególne kanji tłumaczone są na hiraganę i katakanę. http://www.hiragana.jp/
-The Furiganizer: furigana, czyli pomocnik przy odczytywaniu kanji, nad poszczególnym symbolem pojawia się hiragana i katakana ułatwiająca przeczytanie. http://www.furiganizer.com/
-Yamasa Kanji Dictionary- mistrzostwo świata! Mój ulubiony słownik. Oprócz tego, że tłumaczy z ang. na jap. i jap. na ang., rozrysowuje też kanji. :) http://www.yamasa.cc/members/ocjs/kanjidic.nsf/SearchKanji3?OpenForm
-Say Jack- kolejna strona z pomocą naukową. http://www.sayjack.com/learn/japanese/
-Start Learning - Free Japanese Lessons- wiele przydatnych wskazówek dla początkujących. http://japanese.about.com/od/japaneselessons/u/StartLearning.htm
-Benkyou- tym razem po polsku, dla pragnących poznać język japoński. http://benkyo.pl/

Dodatki do przeglądarek:
-Rikaichan- bajer, który rozjaśnia przed nami tajniki stron pisanych po japońsku. W skrócie, po najechaniu na wybrane kanji Rkikaichan tłumaczy nam je na jeden z dostępnych języków: angielski, niemiecki, francuski lub rosyjski. Jest to rozszerzenie, które można zainstalować w Firefox'ie. Trzeba je za każdym razem po zainstalowaniu uruchomić w Narzędziach na pasku. http://www.polarcloud.com/rikaichan/
-Rikaikun- podobny mechanizm dla przeglądarki Chrome, niestety nie testowałam, więc nie mogę nic więcej o niej powiedzieć.
https://chrome.google.com/webstore/detail/jipdnfibhldikgcjhfnomkfpcebammhp?hl=en

weheartit.com
YouTube:
-japanesepod101- kanał pomagający przy nauce japońskiego.  http://www.youtube.com/user/japanesepod101/videos
-HirokoChannel: Hiroko opowiada o Japonii, zwyczajach i kulturze. Szczerze powiedziawszy nie wiem kiedy ostatni raz tu byłam, bo miałam tę stronę za subskrybowaną na starym koncie i jakoś o niej zapomniałam. http://www.youtube.com/user/HIROKOCHANNEL/videos?sort=dd&view=0&page=1

Muzyka:
Co do niej to nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Pamiętam jedynie kilka piosenek z dram, które do tej pory obejrzałam. Jednak znalazłam rzeczy, które chciałabym polecić.
- Yoshida Brothers: http://www.domomusicgroup.com/yoshidabrothers/index.php trochę wariacji na temat tradycyjnej muzyki.
-Orange Range: Znane dzięki Hana Kimi :) Osobiście lubię kilka piosenek http://onoo.wrzuta.pl/playlista/71p0EDE1I7l/orange_range chociażby: Ikenai Taiyou, Asterisk, Fuyumi,Sayonara... może i Wam się coś spodoba.
- Vision of Escaflowne, a właściwie saundtrack do anime (przenigdy nie oglądajcie najpierw wersji kinowej! jak dla mnie całkowita pomyłka.). Muzyka skomponowana przez Yoko Kanno. Niewiele osób pewnie o tym wie, ale muzykę przy współpracy z kompozytorką tworzyła Orkiestra Symfoniczna Filcharmonii Warszawskiej. Ha! :) Do znalezienia na YT. Muzyka, nie znalazłam zbyt wielu info na temat współpracy, żeby nie powiedzieć żadnych. 
- I taka moja mała miłość KOKIA i Hontou no oto: http://www.youtube.com/watch?v=R6U7LroDeZk

Trochę zbiorów:
-Suntory Museum of Art: http://www.googleartproject.com/pl/collection/suntory-museum-of-art/
-Adachi Museum of Art : http://www.googleartproject.com/pl/collection/adachi-museum-of-art/
-Tokyo National Museum: http://www.googleartproject.com/pl/collection/tokyo-national-museum/
-Muzeum Narodowe Kraków, Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej: Manggha, katalog online. http://katalog.muzeum.krakow.pl/pl/cat
Niestety, co łatwo zobaczyć, nauka języka staje się trudniejsza, kiedy nie zna się angielskiego. Jednak z czasem staje się ona coraz bardziej przystępna.
A może Wy macie jakieś ciekawe japońskie miejsca, którymi moglibyście się podzielić? :)
...

Następnym razem trochę o koreańskich linkach. Nie wiem czy będzie ich więcej, ale na pewno kilka się znajdzie. :)

środa, 25 kwietnia 2012

znowu po japońsku

Nie, nie cierpię na obsesję maniakalną. Choć można odnieść takie wrażenie. Po prostu wystawa się zmieniła...  no właściwie jej część, ale zawsze. 
Tym razem do Mannghi przyciągnęły mnie fotografie Kōyō Okada, Święta góra Fuji, które są częścią większej wystawy, o której ostatnio wspominałam (fuji). Jak tylko zobaczyłam jedną fotografię w mentalnym dołku zaczęła wypalać mnie potrzeba, by zobaczyć więcej. Tym oto sposobem doczekałam do wtorku (względy ekonomiczne zawsze zmuszają mnie do wybierania tego dnia, mit biednego studenta jak można się domyślić, rozrasta się z prędkością świetlną- wtedy można zobaczyć ekspozycję za free) i poczłapałam w ulewnym deszczu pod drzwi muzeum. Dodatkowo dowiedziałam się, że zdjęcia bez lampy robić można. Yupi! No dobra... ale mój pokraczny aparat i tak nie potrafił poradzić sobie z tym całym artyzmem, półmrokiem i moim rozedrganiem rodzącym się podczas każdego spotkania z japońską kulturą. I zdjęcia są jakie są...

ah ten półmrok <3

góra Fuji i moja głowa

jedno z moich ulubionych, dopiero po kilku sekundach zobaczyłam Fuji :)
możliwe, że nie jestem zbyt bystra... :(
...
i coś lepszej jakości z internetu:

 po kliknięciu przejście do źródła.
...
To tylko kilka zdjęć, by rozbudzić chęć zobaczenia reszty. Jeśli ktoś może niech koniecznie tam zajrzy, wystawa otwarta jest do 13 maja. 

PS. Dowiedziałam się czyje podobały mi się ostatnio- z powodu pośpiechu nazwisko autora mi umknęło. Otóż wspomnianym artystą jest Udo Kaller. Jego interpretację wizerunków góry Fuji niezwykle przypadły mi do gustu. Można je znaleźć tutaj. Jednak żadne reprodukcje nie ukażą piękna obrazu. Przerabiałam to już wiele razy. Często to co widzimy w albumach czy internecie wydaje nam się mało ciekawe, jednak kiedy staniesz przed tą samą rzeczą w galerii nagle nie potrafisz oderwać oczu. Niebezpieczeństwo ludzi XXI wieku polega na tym, iż wydaje im się, że wszystko można znaleźć w sieci. I tak właśnie doświadczenie bezpośrednie zastępowane jest multimedialną papką.







piątek, 20 kwietnia 2012

seung mo park


Hej!
Na szybciuchno chciałam pokazać Wam szaloną sztukę współczesną, która ostatnio równie mnie zaskoczyła, co zafascynowała. Seung Mo Park jest koreańskim artystą wykonującym rzeźby i instalację ze stali nierdzewnej. Do swoich prac wykorzystuje głównie siatki złożone z metalowych prętów które po odpowiednim przycięciu, nawarstwione na siebie i często podświetlone tworzą niesamowity obraz. Zresztą zobaczcie sami:

Zdjęcia: *źródło*



Zachęcam do zajrzenia na tę stronę: http://www.blankspaceart.com/psm_instal.htm
A teraz wracam do pisania licencjatu. Idzie straszliwie opornie. Ale cóż począć trzeba pisać. Bajo bongo! :)

...
To na koniec, również w koreańskim klimacie song co strasznie po głowie chodzi ostatnimi czasy. Bo piękny dzień dziś mamy, prawda? 




wtorek, 27 marca 2012

fuji

Po pierwsze... co się stało z blogger'em!!!! Ok.... Muszę to jakoś ogarnąć :)
Po drugie dziś nastała ta wiekopomna chwila i ruszyłam swoje ciężkie jestestwo, by zobaczyć wystawę w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Dokładniej mówiąc: widoki góry Fuji w twórczości Hiroshige i Hokusai'a. Pokaźny zbiór drzeworytów z kolekcji Feliksa Jasieńskiego (i nie tylko), uzupełniony tekstami owego przedstawiciela polskiego japonizmu oraz m. in. filmami zarówno o bohaterce wystawy- górze Fuji, jak i opowiadającym o technice tworzenia drzeworytów. Jest ona bowiem totalnie pokręcona, szczególnie kiedy tworzy się dzieło z kilkudziesięciu odbitek, każda na innym bloku drewna z inną częścią przedstawienia. I wykonać to z całkowitą precyzją, tak by nie było nawet minimalnych przesunięć. Jak dla mnie mistrzostwo.
Jednak najbardziej przypadły mi do gustu obrazy współczesne. Interpretujące ten temat w bardzo symboliczny i graficzny sposób. Jednak bezpośrednio pod obrazami nazwisk nie było. Podejrzewam, że gdzieś przy wejściu do tej części mogło się pojawić nazwisko autora, tudzież autorów. Jednak nagle zobaczyłam, że czas pędzić na zajęcia i jakoś ta sprawa mi umknęła...


Pic from.

Poza tym muzea mają coś tak mrocznego jak... sklepiki muzealne. A Manggha ma niestety same kuszące cuda. Przykro mi, ale zdjęcia z telefonu i robione pod światło, więc nie są specjalnie reprezentacyjne.

Opuszczałam to miejsce z ciężkim sercem. I obiecałam: jeszcze tu wrócę. Co zresztą mówię za każdym razem jak tam jestem. :)

To dla dopełnienia jeszcze jakiś japoński kawałek:

niedziela, 18 grudnia 2011

Czas ucieka...

Zasiedziałam się ostatnio zbyt mocno. By przełamać ów stan, dokształcić się odrobinę i odpocząć od drugiej połowy dwudziestego wieku, wybyłam się na Kielecczyznę. A biorąc pod uwagę, że niesamowicie lubię tu powracać, korzystam z możliwości odwiedzin jak tylko mam okazję.
Najpierw czekała nas podróż przeraźliwie zimnym autokarem, którego celem było chyba dowiezienie nas na miejsce w postaci mrożonek. Zmroziło nas to prawda, ale bynajmniej nie zraziło za bardzo. Ożywiały nas co jakiś czas melodie zapowiadające zbliżające się święta. Tu muszę zaznaczyć, że reklamówka radia: "Anieli grają, pasterze śpiewają" i wchodząca w tym momencie Lady Gaga ze swoim "Alejandro", była najbardziej rozbrajającą rzeczą jaką usłyszałam w radiu już od jakiegoś czasu. Choć w sumie nie słucham radia i przy tej okazji prawdopodobnie wychodzi moja zaściankowość. Jednak mniejsza o to.
Pierwszym, pozaplanowym w sumie, przystankiem na trasie był Jędrzejów. Znane z najstarszego opactwa cysterskiego w Polsce, założonego w 1140 roku, w którym to ostatnie lata życia spędził bł. Wincenty Kadłubek, po tym jak zrezygnował z biskupstwa krakowskiego. Odwiedziliśmy tam też muzeum im. Przypkowskich, w którym znajduje się kolekcja zegarów słonecznych gromadzonych przez Feliksa Przypkowskiego i rozbudowaną przez jego syna Tadeusza.

Ślady na fasadzie zostawione dla potomnych.
Zegar z armatką! Ka bum!
Zegary "na bazie" świecy. Chyba najbardziej ukazują ulotność chwili.
I Pan Twardowski.