Niestety czas ferii szybko dobiega końca, trzeba będzie powoli przestawić się na tryb studyjny po błogim lenistwie. Wezwać szare komórki w stan gotowości i zmierzyć się z pierońsko beznadziejnym planem zajęć. Jednak przez ostatnie dwa dni mam zamiar nie myśleć o tym zbyt wiele.
Jak do tej pory udało mi się ukończyć samurajską bluzę, za którą zabierałam się już dłuższy czas. Kolaż z Darą też już coraz bliżej finalizacji, niedługo pewnie wyląduje na Szufladowym. Zrobiłam też nalot na starą szafę i ponownie odkryłam coś nowego. Tym razem idealnie dopasowaną czerwoną spódnicę, która jednak schowana była pod żakietem 'do-kompletu', w którym zmieściłabym się z trójką lemurów (niech żyją lata 80-te!) on już nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Wpadłam na genialny pomysł skrócenia spódnicy - ręcznie. Dzięki Bogu jest na tyle wzorzysta, że moje zdolności krawieckie ukrywają się w ornamentach. I powzięłam postanowienie przełamywania mojej nabytej awersji do książek 'nieprzydatnych naukowo' (bo tych było całkiem sporo ostatnio). Już dawno nie przeczytałam żadnej powieści ot tak, dla zwykłej przyjemności. Czas to zmienić! Powoli przypominam sobie co to znaczy radość wodzenia wzrokiem po linijkach tekstu.
Easy A - Worst song ever clip
A dlaczego ten klip? Cały dzień łazi mi po głowie. I wydaje mi się, że jest idealną wizualizacją mojego podejścia do kpopu. W wielu przypadkach moja reakcja tak właśnie wygląda. Szczególnie na początku, choć teraz też często mnie to spotyka. Ostatnio w ten sposób wkręciłam się w Dream Girl Shinee. W czasie porządków miotła przestaje służyć jako przyrząd do sprzątania i przechodzi metamorfozę w element sceniczny. Szkoda tylko, że moja koordynacja ruchowa za tym nie nadąża. Cierpię ja. Cierpi kot. I miotła też cierpi... No dobra zdarza się, że przesłuchując nowe utwory znajdzie się jakiś, który powali z miejsca. Tak było z Still Alive Big Bang, albo z Butterfly SuJu. A ostatnio miano turbo-dopalacza pełni Spoiler Shinee. Magling time.
No dobra, nie należałam do wielkich fanów Block B. A można by nawet rzec, że byli oni przez moją osobę całkowicie ignorowani, gdzieś w tyle głowy nazwa się kołatała, ale jedyne co mogłabym powiedzieć to to, że całkiem fajnie buja się na parkiecie do NalinY:P (nie żebym wiedziała kto to wykonuje). Czas ignorancji jednak dobiegł końca wraz z wyjściem nowej płyty. I nie było specjalnie zamierzone, pierwszy raz słuchając Nillili Mambo stwierdziłam, że jest całkiem przyzwoitym kawałkiem, niestety jest to jeden z tych utworów, które bardzo mocno wchodzą w głowę z każdy kolejnym odsłuchaniem i obecnie pożegnałam się na dobre z określeniem 'przyzwoity'. Tematyka z pod znaku pirackiej bandery tylko utworowi pomogła, w momencie przypomniał mi się czas młodzieńczego buntu: walki z mamą o koszulkę z czachą (Najpierw skrzętnie ukrywaną, potem dramatycznie odkrytą, ostatecznie ocaloną. Ciągle jeszcze siedzi gdzieś na dnie szafy), plakaty z Jackiem Sparrow'em (Zastąpione obecnie kolażami z Mulan), z tego okresu na swoim miejscu pozostały jeszcze meble w owych klimatach, płyty DVD z filmami i Soundtrack w głośnikach.
Idąc dalej droga skojarzeń jakie wywołał ten teledysk, muszę stwierdzić, że Zico czuł by się idealnie w czasach PRL-u. Jego kwiecisty płaszcz całkowicie wpisuje się w stylistykę czasów kiedy to szyło się ubrania z zasłon babci. No cóż łatwo nie było, a pogoń za modą swoje kosztuje :P. Wie o tym Jae Ho, którego na koszule w ogóle nie było stać. Kyung natomiast pragnie poczuć się jak Roszpunka ganiając z patelnią.
I taniec jest do spamiętania. Zazwyczaj tak wygląda w moim przypadku, więc nie będę musiała się zbytnio wysilać, a przy okazji nie będę uznawana za RoboCopa jak zazwyczaj. Same plusy.
A na koniec wersja koncertowa. Bo stroje mają nieprawdopodobne, ta czerń, te żaboty... no dobra jeden żabot, ale jaki :). W podstawówce wróg nr 1, obecnie po wszelkich piracko steampunk'owych perturbacjach mógłby zyskać miano mego przyjaciela.
Muszę stwierdzić poważne obumarcie głosu po zbyt głośnym wykrzykiwaniu tekstów koreańskich piosenek (oczywiście o tyle o ile:P) na Discomuniacton vol.4. Czyli zasada tym-razem-będę-się-oszczędzać nie zatrybiła, jak zawsze zresztą. Nieprawdopodobny ścisk i gorąc, szaleńczy bieg na parkiet, by pogibać się w takt ulubionego utworu i szybki desant przy nadmiarze słodkości. A potem równie fascynujący powrót nocnym tramwajem, gdzie panowie z wielkim apetytem robili sobie bułki z pasztetem, smarując je wspomnianym pasztetem za pomocą dowodu osobistego. Jak to mówią jak się nie ma się lubi, to się lubi co się ma.
A z mojej obecnej lektury:
"[Wang Geon] nadal też odwoływał się do tradycji Go-gu-ryeo i zamierzał - zgodnie ze wskazaniami geomantów, których niezmiernie szanował i którym ufał - przenieść w przyszłości stolicę do Pyeong-yangu, dawnej stolicy Go-gu-ryeo, która jakoby, według zasad tejże geomancji, ma położenie idealne dla zapewnienia pomyślności państwa (co biorąc pod uwagę dzisiejszą sytuację ludności KRL-D, podważa jednoznacznie wiarę w prawdy głoszone przez fengshui...).
Człowiek zawsze z czymś walczy. Ja sprostać dziś muszę bolączce, z którą każdy styka się, gdy musi się gdzieś przemieścić na dłuższy okres czasu, czyli pakowaniu. Jak na razie 1:0 dla artystycznego nieładu wokół mnie, otwarta torba łypie groźnie, jedynie na biurku ułożyłam rzeczy, które w razie czego mają sprawiać wrażenie ogarnięcia.
"Biednemu zawsze wiatr w plecy" jak mawiała Wioletta Kubasińska. Muszę się z tym zgodzić dzisiejszy wiatr spotęgował najwyraźniej moje kichanie. W dodatku dobiłam lusterko, które wcześniej przez moją osobę straciło obudowę, po czym jeszcze udało mi się je złamać, och najwyraźniej podświadomie muszę bardzo siebie nie lubić. Fakt faktem rozczłonkowało się na niesamowitą ilość błyszczących iglic i tym sposobem przysporzyłam sobie tylko pracy. W dodatku odtwarzacz na DramaCrazy dziś jest jakiś obumarły i nie mogę obejrzeć kolejnego odcinka To The Beautiful You, a mój komputer stanowczo odmawia połączenia się z nowym internetem na krakowskim mieszkaniu (widać, że Vista jest kobietą, jak się zaprze to zawsze potrafi człowieka wyprowadzić z równowagi). Nie wspominając już o wszelkich studenckich załatwieniach po drodze. Kondensacja nieciekawych emocji. Tragikomedia. Dobra koniec tego biadolenia! Wybaczcie.
Słuchaliście nowego TVXQ? Jakoś poza Mirotic i tym straszliwie puchatym czymś, za czym przepada moja Sis (nie, nie ma 5 lat) do tej pory niespecjalnie zaznajomiona byłam z ich twórczością. Ostatnio jednak wypuścili teledysk, a ja napatoczyłam się na resztę płyty. Kurcze całkiem niezła jest, nie mówię od razu, że magluję, bo nie wszystkie utwory leża w granicach mojej stylistyki, jednak nie można odmówić im poziomu. Moim typem numer jeden jest Viva/인생은 빛났다 (tak jakby zwinęli audio):
Niektórym minął już pierwszy tydzień nauki szkolnej, mi natomiast pierwszy tydzień fascynacji choreografią Sherlocka. Tak, to będzie wyznanie z cyklu "olśnienie roku" biorąc pod uwagę, że chodzi o SHINee to praktycznie wręcz dosłowne. A jak to się stało, że uchowałam się przez te ostatnie sześć miesięcy w całkowitej ignorancji? Otóż raczej prawdopodobne, że trwała bym w niej nadal, ale o tym później. Na początku powiem, że to nie było tak bym Sherlocka nie słyszała, bo przewinął się niegdyś przez moje uszy i oczy, parokrotnie nawet. Jednak nie wzbudził jakiegokolwiek mojego zainteresowania. Możliwe, że przez to iż oglądałam wersję z duchem, którego nikt się w dodatku nie bał. Nie wiem czy była to jakaś luka w scenariuszu, czy Koreańczycy mają stalowe nerwy, aczkolwiek było to dziwne.
Tak trwałam w tej ignorancji do zeszłej niedzieli, kiedy to odwiedziła mnie kumpela, należąca raczej do osób: słucham-Pink-Floyd-gardzę-muzyką-pokroju-kpop, zapytała mnie: znasz SHINee? Nie powiem, szok wywołany tym zdaniem był ogromny. Otrząsnęłam się akurat w momencie kiedy teledysk już leciał. A moja Sis przypatrywała się z boku z trwożnym przejęciem, pytając: co ta dziewczyna robi w boysbandzie? Tłumaczenia były bezowocne, nie wsparła naszej idei grupy tanecznej, a my przez cały wieczór wyszukiwałyśmy teledysków z najdziwniejszymi układami choreograficznymi, zahaczając nawet o Japonię.
W każdym razie, jak już wspomniałam, zostałam fanką detektywistycznego układu tanecznego. I jak dla mnie jest jedną z najlepszych, choć poważnie rozmyślam czy aby nie najlepszą, k-popową choreografią jaką do tej pory widziałam. Choć może nie widziałam za wiele. Nic to, Sherlock z kozackimi podbiegami, zajęczym hasaniem i robotycznymi przejściami zwojował ten tydzień. Plus niesamowity posłaniec pieśni, którego nigdy bym o to nie posądziła :).
Czyli: jeśli AlJazeera mówi o K-popie wiedz, że coś się dzieje. Mimo wszystko zawsze oglądam takie programy, m. in. po to by poznać opinie osób lepiej zapoznanych z całym kulturowym, socjologicznym czy też historycznym zapleczem, dowiedzieć się czegoś nowego i zobaczyć różne punkty widzenia na zjawisko KF. Choć z drugiej strony takie rozmowy często są zbyt ogólne, by wnieść coś odkrywczego, a powtarzanie utartych ogólników niejednokrotnie pogłębia tylko frustrację. W tym przypadku okazało się, że za najlepszych znawców K-popu trzeba uznać Martinę i Simona (jak dla mnie ich wypowiedzi odznaczały się największym sensem i prawdziwym zrozumieniem kultury, jako osób zaangażowanych, a nie jedynie badaczy analizujących pewne statystyki). Dla większości nie będzie to niespodzianka, skoro ta para od kilku lat mieszka w Korei i - że tak powiem kolokwialnie - całkiem mocno 'siedzi w temacie'. Jednak inne zaproszone osoby sprawiały wrażenie lekkiej dezorientacji. Znaczy wydawało mi się, że właśnie od nich usłyszę coś konstruktywnego, a nic takiego nie nastąpiło, więc poczułam się lekko rozczarowana. Choć sama nie jestem specjalistą, więc nie będę dalej tego roztrząsać.
Jednocześnie nasunęło mi się na myśl kilka wniosków. Znaczy jest ich całkiem wiele, jednak napiszę o najważniejszych. Po pierwsze, wydaje mi się, że co poniektórzy podchodzą do zjawiska K-popu zbyt poważnie, serio serio, niczym straszliwi krytycy. Tymczasem to jest: kultura POPularna - co znaczy mniej więcej tyle, że jest dość łatwo przyswajalna (oczywiście u gardzących tego typu rzeczami spowoduje ona co najwyżej odruch wymiotny - szczególnie wersja 'wszystko jest piękne, puchate i różowe' plus oczywiście falę krytyki, ale dla większości, będzie to coś czego miło jest posłuchać, jest fascynujące, lub oszałamiające, choć niekoniecznie przynoszące jakieś wielkie przewartościowania w nasze postrzeganie świata. Po prostu pop-kultura.
Choć tak, jestem świadoma tego, że o dziesięciu tysiącach rzeczy związanych z tym tematem można by napisać niejedną książkę. I nie bagatelizuję tego, że wielu profesjonalnych znawców kultury na poważnie zajmuje się całym tym zagadnieniem. Jestem za, bo jest o czym mówić, ale mam czasem wrażenie, że marnuje się setki słów na roztrząsanie rzeczy mało ważnych, a wielu istotnych tematów w ogóle się nie podejmuje. Powtarza się ciągle i ciągle to samo, niczym jakiś utarty schemat, bo o ile już widzę jakiś program, to dokładnie tak to wygląda. Choć trochę rozumiem, bo zwykle tworzy się je z myślą o osobach, które o owej kulturze nie mają pojęcia, jednak mimo wszystko, powtarzanie stereotypowych skojarzeń czasem razi. I nie rozumiem wielu argumentów, których zwykle używa się do określenia twórczości koreańskiej, szczególnie w dość nieprzychylnych opiniach, bowiem znaczną część z nich można by określić jako przymioty ogólnie pojętej popkultury lub show biznesu, bez względu o jakim kraju jest mowa. Weźmy np. perfekcjonizm, który zawsze jest przytaczany, kiedy mowa o cechach k-popu. Czy nie wszyscy artyści szeroko pojętej popkultury nie dążą do tego? Wydaje mi się, że jednak tak. W Korei jest to może bardziej widoczne, bo składa się na to nie tylko śpiew, wygląd, czy takie czy inne dopracowanie teledysku (bo nikt nie przekona mnie, że artyści Zachodu nie zwracają na to uwagi, lub że kanon piękna nie gra roli), ale też choreografia (wydaje mi się, że choć Zachód w jakimś stopniu wykorzystuje taniec, to patrząc przekrojowo, w koreańskim popie jest go o wiele więcej) i oszałamiające koncerty, które swoistym wizualnym 'przepychem' mogą odebrać mowę. Z drugiej strony możemy mieć takie wrażenie również przez ilość wysiłku włożoną przez idoli w przygotowania i treningi, ale i tym razem jeśli spojrzy się na średnią liczbę czasu jaką większość ludzi w Azji poświęca na pracę, to przestaje to być aż tak niezwykłe. Ot tamtejsza cecha kulturowa.
Inną sprawą jest fakt, że po raz kolejny odniosłam wrażenie, że fanów K-popu traktuje się jak ignorantów, którzy patrząc ślepo w swoich idoli na ich podstawie kreują własny obraz współczesnej Korei - milusich fanów swoich kolorowych popowych gwiazdek? Nie wątpię, że paru takich może się znaleźć. Ale o ile miałam kontakt z innymi sympatykami tego szaleństwa i o ile mówi mi to własne doświadczenie, to nie poprzestaje się na tym, co widzi się w teledyskach czy dramach, ale stara poznać dogłębniej kulturę, która nas zafascynowała (no chyba, że nie zafascynowała, wtedy koniec tematu). I wielu fanów nie tylko przekroczyło już próg nastu-lat, ale również skończyło studia. Dziwi mnie to, że ktoś może myśleć, iż nie odróżni się wizerunku osoby w pewien sposób wykreowanej przez stylistę, w pełnym makijażu, ostatecznie dodatkowo poddaną skrupulatnemu retuszowi od realnego obrazu, z którym stykamy się na każdym kroku. Z drugiej strony wymaganie od przykładowego nastoletniego fana poznania wszelkich powiązań kulturowych, tła historycznego i pradawni bogowie wiedzą czego jeszcze, wydaje mi się nieco zbyt wymagające. Bo tu przede wszystkim chodzi o muzykę. I czasem dorabianie ideologi jest niczym szukanie dziury w całym, choć czasem potrafi być to całkiem fascynujące, o tak.
I nie chcę tu wyjść na wrednego hatersa. Po prostu przy tej okazji moje skumulowane myśli jakoś ostatecznie się wykrystalizowały. I nie będę bezpośrednio też odnosić się do jakichś konkretnych wniosków, które pojawiły się w programie. Jednak przeglądając burzliwą dyskusję w komentarzach pod filmem stwierdziłam, że zapewne ile osób tyle stanowisk. I powoli dochodzę do wniosku, że czuję się czasem tym całym napięciem nieco zmęczona.
Do tej pory wielokrotnie wyrażałam swoją fascynację koreańską kulturą. Jednak przyszedł ten czas by stanąć w prawdzie przed sobą i całą rzeszą kpopowo-kdramowych fanów i pokazać, że cały ten fenomen to nie tylko kwiatki, bratki i stokrotki. Przykro mi, lecz tak jest w istocie. I może pominę w tym poście aktywne grupy hatersów, które z całą stanowczością zwalczają koreańską popkulturę we wszystkich jej przejawach oraz inne zarzuty tyczące się bezpośrednio stylistyki gatunku. Przybliżę za to kilka uwag, które najczęściej pojawiają się w rubryce: krytyka. Przywdziewam, więc maskę Lorda Vadera i podejmuję wyzwanie.
Zapominanie o tradycji: Wielu Koreańczyków, którzy znają dobrze
kulturę swojego kraju widzi w k-popie duże zagrożenie. Muzycy i krytycy
związani z tradycyjną muzyką obawiają się westernizacji i tego, że
zagranicą znani będą głównie z raczej czegoś mało ambitnego (jeśli coś
ma w tytule pop nigdy nie cieszy się zbytnim uznaniem krytyków, bez
względu, gdzie i jak jest tworzone). Prawdziwe piękno tradycyjnej muzyki
coraz częściej jest zapominane, programy telewizyjne zalewane są
popowymi programami, młodzież zasłuchana w ulubione zespoły, nie stara
się wysilić, by poznać muzykę instrumentalną. Inne gatunki muzyki
jak rock czy indie, choć posiadają wielu godnych reprezentantów, również
nie mogą przebić się przez popową falę.
Money, money, money: Z takiej perspektywy wielu krytyków spogląda na przemysł muzyczny. Nie trudno się dziwić, kiedy patrzy się na wyniki jakie osiąga się ze sprzedaży płyt, biletów i masy produktów bezpośrednio, lub pośrednio propagowanych przez idoli, można łatwo zrozumieć, że k-pop to niezły biznes. Pojawia się pytanie: gdzie w tym wszystkim liczy się osoba? Bo każdy trenowany kandydat na idola to inwestycja i to nie mała. Czy wielu wielu jest branży menadżerów rodem z Oh! My Lady? Prawdopodobnie my prostaczkowie nigdy nie poznamy owych tajników, więc lepiej dla nas będzie zwyczajnie nie dociekać.
Perfekcyjność do potęgi n-tej (sexy, cute, strong): Oglądając teledyski koreańskich artystów bez problemu stwierdzić można, że w nich wszystko musi być idealne. Nie ma tam miejsca na rzeczy dobre, czy nawet bardzo dobre. Wszystko musi być perfekcyjne, lepsze niż ma konkurencja. Począwszy od scenografii, przez kostiumy na choreografii kończąc. Jednak najwięcej zarzutów wzbudza sam wygląd idoli. Nienaganne sylwetki, piękne twarze i pradawni bogowie widzą co jeszcze. Większość śmiertelników patrząc na ich podobizny w magazynach niechybnie wpada w kompleksy, porównując siebie do obrazu jaki lansują media. Zwykle mało kto myśli nad tym, że jest to efekt uzyskany w taki a nie inny sposób: styliści, fryzjerzy, spece od makijażu, Photoshop :), jak również chirurgia plastyczna to wierni przyjaciele sław. Dla wielu kreowanie takiego obrazu zdecydowanie mija się z rzeczywistością i powoduje, że większość młodych ludzi (bo oni zwykle uznawani są za grupę docelową) porównując się z idolami traci poczucie własnej wartości. Z drugiej strony pęd za nieskazitelną urodą sprawia, że wzięciem cieszy się chirurgia plastyczna, która w Korei jest tak popularna, że na operacje specjalnie przybywają osoby zza granicy. Pacjentki często przynosząc ze sobą zdjęcia swoich idolek chcąc jak najlepiej wpisać się w aktualny kanon piękna.
Ciężki żywot idola (No boyfriend, no scandals): Choć ciężka praca zaczyna się znacznie wcześniej, nim jeszcze taki delikwent zostanie osławiony, najpierw musi przejść przez kasting, a potem intensywnie przygotowywać się do debiutu w trakcie treningu. Wiele grup nawet po przejściu całego szkolenia tuż przez wydaniem płyty przechodzi eliminacje, które mają wyłonić najlepszych. Bierze się tu pod uwagę: wygląd, śpiew, taniec, radzenie sobie ze stresem, czy znajomość języków. Znaczenie terminu 'intensywne' po raz pierwszy całkowicie uzmysłowiłam sobie kiedy Simon z EYK zapytał członków zespołu U-Kiss: ile wciągu tygodnia mają czasu wolnego, najpierw padła odpowiedź: zero. Potem chłopaki poprawiły się i stwierdzili, że przecież czas snu jest czasem wolnym (U-Kiss Backstage Chat: jakoś ok 7 min). Cały dzień ustawiony jest według określonego grafiku. Ćwiczenia, ćwiczenia, jakiś program rozrywkowy, ćwiczenia, sesja, ćwiczenia, drama... Nie trudno się domyślić, że taki tryb życia nie pomaga zbytnio w budowaniu relacji międzyludzkich. Szkoła, zakupy, a co najważniejsze: spotkania z rodziną i przyjaciółmi nie mieszczą się w czasie. Dodatkowo wytwórnie zaznaczają w kontraktach, że nie ma tu miejsca na jakiekolwiek miłostki. Artyści znajdują się pod niesamowitą presją mediów, tworzy się wokół nich otoczkę tajemniczości, nie pozwalając sobie na chociażby cień skandalu. A z tym jak wiadomo, jest różnie. Jednak społeczeństwo koreańskie wydaje się być niesamowicie wyczulone na tym punkcie. Niektóre rzeczy, które prawdopodobnie na Zachodzie przeszłyby bez większego echa, tam traktowane są niczym poważne wykroczenie. Może dzięki temu gwiazdki pokroju Lindsay Lohan nie zrobiłyby tam kariery- i dobrze.
G Dragon i Daesung w programie Healing Camp musieli wypowiedzieć się publicznie na temat skandali.
Jesteśmy zespołem, ale nie musimy się lubić: To hasło przyświeca chyba każdej k-popowiej grupie, która, jak wiadomo, złożona jest z członków wybranych przez wytwórnie, którzy nie znali się wcześniej. Wbrew wiecznie uśmiechniętym wizerunkom pokazywanym w mediach, nasi idole wcale nie muszą się lubić. A kiedy zdamy sobie sprawę, że są zmuszeni spędzać ze sobą cały czas: razem mieszkając, razem pracując, razem jedząc posiłki. W takim układzie to normalne, że kłótnie się zdarzają, tym bardziej w zespole złożonym z kobiet. Nietrudno mi wyobrazić sobie latające noże. Jednak wytwórnie wszelkimi sposobami starają się zachować jak najbardziej optymistyczny wizerunek swoich podopiecznych: nieporozumienia? no skądże!
Trochę o tym EYK na tle skandalu z T-ARA
SuJu również w temacie, ale w bardziej komediowych barwach :)
Piraci: Wraz z falą popularności koreańskiej muzyki i dram, rynek zalała fala pirackich wydawnictw. Problem jest tym większy, że obecnie k-pop i k-dramy ogólnoświatowej publice znane za sprawą internetu. Z jednej strony dzięki niemu ich popularność stale rośnie, z drugiej mało kto wysila się na kupowanie oryginalnych płyt.
To chyba najczęściej przewijające się stwierdzenia jeśli chodzi o krytykę Koreańskiej Fali. Zebrane pokrótce, mam nadzieję, że nieco zobrazują, choćby w minimalnym stopniu, ową ciemną stronę mocy. Można się z nimi zgadzać, można polemizować. Są potraktowane nieco ogólnikowo, ale nie chodziło mi też o to by powstała epopeje, zresztą do tego potrzebowałabym o wiele większej ilości lektur. Choć muszę podkreślić, że nie jest to jedna strona medalu, bo hatersów było więcej i nawet na piśmie wydali swój anty-koreański manifest, ale o tym może przy innej okazji, bo tu wchodzimy na jeszcze inne kategorie nieporozumień.
Pomiędzy kolejnymi dramami i teledyskami czas na trochę babskich tematów. Choć w sumie dwa poprzednie też mi się trochę takie wydają. Nie znam osobiście faceta, który oglądał by dramy. Pisząc posta na SaS o ostatnio obejrzanych produkcjach, przypomniało mi się Secret Garden i jak zwykle nie oglądam dramulców po raz drugi, tak pomyślałam, że przypomnę sobie choć pierwszy odcinek i... właśnie ją kończę. Nie sądziłam, że po raz wtóry mogłam się tak wciągnąć. Ale trudno się dziwić Hyun Bin jest kapitalny w tej roli.
Ale wracając do tematu, dziś znowu trochę zdjęć z pogranicza mody. W roli głównej czarne galoty. A całą resztę niech z wizualizują fotografie. Znowu robiłam je pod wieczór, więc wyścig z czasem był niesamowity. Niedźwiedź już przybiera zdecydowanie złociste barwy zachodu.
getry, torebka, kapelusz: sh, koszulka znaleziona w szafie i przerobiona,
trampki z dawnych lat przetransformowane na bogato :P
getry: sh, tunika: sklep indyjski, kolczyki z miejscowego sklepu, buty: prezent
A na kulturowym podwórku PSY wymiata w tym tygodniu zabrnął już na 3 miejsce listy YT, pomijając fakt, że przed nim znajduje się m. in. Bieber, można to uznać za duży sukces. Korea wreszcie dała o sobie znać większym rzeszą człowieków. Media donoszą, że wytwórnia pana B. nawet skontaktowała się z PSY, widać blady strach go obleciał :P. Podobno istnieje też drugi teledysk do tej piosenki, który miał być wypuszczony już w połowie miesiąca, lecz widząc szaleństwo, jakie ogarnęło świat pod wpływem pierwowzoru, zapewne termin ulegnie zmianie. W dodatku w refrenie fraza‘Oppa’s Gangnam Style’ ma być zastąpiona przez ‘Oppa is just my style’....<skW%^HE^?!>. Mniejsza z tym. W między czasie czekamy cierpliwie na Szpiega SuJu. Miejmy nadzieję, że wszystko idzie zgodnie z planem, a nie jest to jakieś zawirowanie w związku z nową polityką publikowania teledysków. Od 18 sierpnia mają być one oglądane przez specjalną komisję nim oficjalnie trafią na kanały YT (tutaj). Zobaczymy co też z tego wyniknie.
Na początku powiem tylko, że kiedy patrzę ile tego jest i za jak bardzo złożony problem się zabrałam, to zaczynam myśleć, że jestem szalona. Ale stwierdziłam, że choć Korea zyskuje w naszym kraju coraz większą popularność, ciągle niewiele wiemy ani o początkach owego zainteresowania, ani dlaczego właściwie świat tak zapatrzył się na tą twórczość. W dodatku samo określenie Koreańska Fala nie widnieje nawet w polskiej Wikipedii- a jak czegoś tam nie ma, to bardzo prawdopodobne, że nie istnieje :P. Jak do tej pory artykuł o niej pojawił się w pewnym numerze Wprost (bodajże trzecim tegorocznym) i oczywiście jakieś wzmianki w niezgłębionej przestrzeni internetu.
Żeby jednak opowiedzieć Wam nieco o tym zjawisku, myszkuję po stronach anglojęzycznych, szukając jakichś konkretnych informacji na ten temat. A że z obcym językiem różnie jest, pewnie opisanie szerzej problemu trochę mi zajmie, więc dzisiaj mała cząstka, tak na początek.
...
Kto choć raz nie zainteresował się czymś pochodzącym z dalekiej Azji? Zwykle jednak nasza uwaga skupiała się czy to na Chinach: starożytna cywilizacja, bogata kultura i sztuka, waleczni wojownicy-o których nagrało się tyle filmów, niesamowite stroje... długo by wymieniać. Z drugiej strony na Japonii, która zarówno potrafi zauroczyć swoją bogatą historyczną tradycją, jak i niespotykanymi nigdzie indziej nowinkami, zarówno ze świata techniki, architektury czy kultury-tomy przeczytanej mangi, tysiące obejrzanych odcinków anime, specyficzne subkultury spod znaku kawaii... Tutaj czujemy się dość pewnie. Jednak kiedy ktoś wspomina o Korei, wielu przeciętnych śmiertelników rozkłada bezradnie ręce-choć obecnie sytuacja zmienia się dość znacząco za sprawą internetu: koreańska muzyka, dramy i filmy podbijają świat. I mogło by się wydawać, że dzieje się to za sprawą zespołów takich jak Big Bang, Girls Generation czy Super Junior, jednak gdy przyjrzymy się sytuacji nieco bliżej, zobaczymy, że nie jest to pierwotna fala jaka rozeszła się po świecie. By zobaczyć jej prawdziwe oblicze musimy cofnąć się do Chin końca lat 90'tych tam bowiem określenie Koreańska Fala wzięło swój początek.
Choć na wstępie powiedzieć trzeba, że Korea przez długi czas w sprawach kultury była raczej bierna. Po wojnie koreańskiej, która miała miejsce na półwyspie w latach 1950-1953 i innych zawirowaniach dziejowych, kraj całą energię przeznaczył na odbudowę, starając się jednocześnie dogonić rozwinięte państwa. Nie trudno więc zrozumieć, że kultura, choć oczywiście ważna, nie była w tym momencie priorytetem. W tym czasie koreańskie media zapełniły się muzyką artystów zagranicznych. Szczególnie, że wiele wpływów zachodniej popkultury przynieśli ze sobą już żołnierze amerykańscy sprzymierzeni z Południem w czasie wojny. Od lat 80-tych można zauważyć rozwój życia kulturalnego, jednak nadal są to głównie produkcje zagraniczne. Prawdziwy odwrót od tych tendencji nastąpił w połowie lat 90-tych, kiedy to koreańska muzyka i filmy zepchnęły w kąt królującą do tej pory muzykę z importu.
What is love, emitowana w Chinach w 1997 roku, podbiła serca publiczności (pic)
Pierwsi twórczością koreańską zachwycili się Chińczycy. Tam bowiem w 1997 roku telewizja CCTV wyemitowała dramę What is Love, która w zabawny sposób pokazuje historię konfrontacji kobiety i mężczyzny pochodzących z rodzin, którym przewodziły zupełnie odmienne wartości. Drama osiągnęła oglądalność 15%, co uprasowało ją na drugim miejscu jeśli chodzi o zagraniczne programy. Styl życia współczesnych Koreańczyków i ukazanie silnych jednostek idących za własnymi przekonaniami (wiadomo, że w państwach socjalistycznych akcent kładziony jest zdecydowanie na „jednakowość”) zachwyciły publikę. W 1999 roku podobny sukces na rynku Chin i Hong Kongu odniosła drama A wish upon the star, tutaj szczególną sympatię zaskarbił sobie aktor Ahn Jae-wook. Powoli zaczęła pojawiać się również muzyka: Clon, H.O.T., NRG, Baby V.O.X. i S.E.S., szturmująca rynki m.in. Chin, Hong Kongu i Tajwanu (Osobiście... gdy tego słucham czuję się jakby mnie ktoś włożył do wehikułu czasu i wysłał w sam środek lat 90-tych w Europie- to samo tanie disco. I patrząc na to jak obecnie różni się k-pop od twórczości artystów zagranicznych, w dawnych 'hitach' nie widzę mocnych kontrastów). Okazało się, że kultura bardziej przyczyniła się do ocieplenia się stosunków między krajami, niż przez pół wieku zdołano zdziałać za sprawą dyplomacji.
Następnie Fala dotarła do Japonii, gdzie publiczność pokochała dramę Winter sonata, wyemitowaną w roku 2003 w NHK TV (potem kilkakrotnie wznawianą). Aktorzy grający główne role (Bae Yong-joon, Choi Ji-woo, Park Yong-ha,) nagle zyskali niezwykły rozgłos. Fenomen tej produkcji zaczęto w końcu określać jako: Syndrom Yon-sama, Społeczny fenomen Yon-sama, Religia Yon-sama. A kiedy okazało się, że jeden z odcinków nie zostanie wyemitowany, bo telewizja nadawać będzie relację z wizyty japońskiego premiera w Korei Północnej, do stacji wydzwaniać zaczęli zbulwersowani widzowie, pragnący wyrazić zdecydowane niezadowolenie z takiego obrotu sprawy. Drama w niezwykle delikatny sposób pokazywała historię miłości, co grało oczywiście na emocjach kobiet (szczególnie w średnim wieku) żyjących w społeczeństwie, które jest zdecydowanie powściągliwe w okazywaniu uczuć. Po raz kolejny okazało się, że jedna produkcja telewizyjna nagle zmienia patrzenie na jakiś naród. Japończycy zaczęli coraz życzliwiej postrzegać Koreańczyków, a miejsca pokazywane w dramie stały się upragnionym celem wakacyjnej podróży.
Winter Sonata w 2003 roku zaskarbiła sobie sympatię Japończyków (pic)
...
Całą resztę świata zostawiłam sobie na później. Podobnie jak 'neo-falę', którą obserwujemy obecnie oraz wszelkie blaski i cienie tego fenomenu. Jeśli coś jest nie do końca tak jak napisałam, liczę na pomoc Czytelników, jak na ten moment w temacie raczkuję, więc za wszelkie wskazówki będę bardzo wdzięczna.
Materiały:
- Contemporary Korea No.1- The Korean Wave: A new pop culture phenomenon, 2011
Chyba na wstępie powinnam się zapytać: do jakiego stopnia jesteście w stanie zaakceptować odjazd, czy też tzw. porąbanie...? Zwał jak zwał. Bo rozumiem,
że większość słodkich girlsband'ów została oswojona, tańczące grupy
facetów też przejdą. Jednak to o czym chce powiedzieć, jest
kwintesencją... no właśnie czego? Absurdu? Irracjonalności? Komizmu?
Opuszczam bezsilnie ręce, bo ten klip mnie totalnie rozbroił. Po raz
kolejny na usta cisną mi się słowa: nigdy nie mów, że znasz Azję, ona
zawsze cię czymś zaskoczy. Długo ze sobą walczyłam, ponieważ pomyślałam, że
jeśli opowiem tutaj o owym teledysku, to już dłużej do grona osób
statecznych i normalnych należeć nie będę. Przyjmę to jednak z
godnością, jak już opowiadać o kulturze Korei to na całego... no dobra
chyba się teraz zapędziłam, jednak przejdźmy do rzeczy.
Panie i Panowie, przedstawiam PSY i jego Gangnam Style:
PSY jest artystą związanym z wytwórnią YG Entertainment, która skupia chociażby grupy takie jak Big Bang czy 2NE1. I porównując ich twórczość z PSY jestem zadziwiona, że nie ma tutaj tego precyzyjnego wymuskania, owych super awangardowych stylizacji, w sumie dość charakterystycznych dla tej wytwórni. I nie żebym uważała, że ten teledysk jest niedopracowany, albo bym miała zamiar krytykować perfekcjonizm innych artystów. Chcę tylko powiedzieć, że całkiem dobrze patrzy się na PSY, który potrafi z dużym dystansem podejść do siebie i swojej muzyki i pokazać siebie nie tylko jako rapera i tancerza, ale także i... komika.
Niewiele było o nim słychać ostatnimi czasy, choć wydaje obecnie szósty krążek, poprzedni teledysk wyszedł w 2010 roku (Right Now- swoją drogą również odjechany na maxa). Oczywiście polscy spece od muzyki okrzyknęli go "koreańskim Pitbullem"... (tu). Swoją drogą nie wiem skąd to skojarzenie, jednak patrząc na lata debiutu to raczej Pitbull jest zachodnim PSY, a nie odwrotnie. Mniejsza z tym.
Co do samego teledysku. Z każdą sekundą oglądania moje oczy coraz bardziej przypominały spodki. Myślę, że nie tylko moje. Na początku jeszcze tylko powiem, że tajemnicze Gangnam to dzielnica Seulu, a jak ktoś chce zrozumieć o czym piosenka traktuje odsyłam tutaj. Tym też sposobem zostajemy zabrani na wycieczkę po tej oto dzielnicy w iście szalonym stylu. Psy odziany obowiązkowo w ciemne okulary i dość optymistyczny garnitur oprowadza nas po osobliwościach okolicy. Jednocześnie wykonując skoczny taniec z motywem lassa. Dobra może kilka shoot'ów dla wizualizacji:
PSY w stajni, wkoło konie w boksach... czy wyobrażacie sobie w takiej scenerii np. G Dragona... bo ja chyba musiałabym wysilić mocno wyobraźnie. Choć czytanie Pratchett'a prawdopodobie by mi to ułatwiło. I scena ze sztucznym śniegiem, czyżby załatwili za jednym zamachem Gangnam style i I love you? Różnica jest tylko w ilości i gwałtowności opadu sztucznego puchu. Może też temu Dara przyznaje się do połknięcia śniegu dopiero poza sceną, w teledysku natomiast z gracją szuka ukochanego wśród tłumu odzianych w czerń mężczyzn z parasolami, natomiast towarzyszki PSY wyraźnie się atakującymi je płatkami krztuszą i bronią przed nimi wszelkimi sposobami. Taka oto karykatura wszelkiej 'oficjalnej' gracji.
Ten taniec nie ma w sobie nic skomplikowanego, a jednak noga sama przytupuje. Choć to chyba jednak zasługa beat'u.
Natomiast cukierkowa karuzela i autokar jak dla mnie są totalnie pokręcone... dosłownie. Party hard with old ahjummas :P
Ok, nie powiem w teledysku są też momenty kiedy właściwie brakuje słów jakiejkolwiek interpretacji. Bo po co PSY okrywa się w saunie ręcznikiem niczym kobieta, w dodatku kładąc głowę na ramieniu jakiegoś, srogo wyglądającego, gościa, gdy jeszcze trzeci tańczy radośnie. No może nie do końca radośnie, ale zawsze. Albo chłopie, jakiekolwiek wpatrywanie się w kobiece pośladki jest oznaką, totalnego braku kultury, żeby nie powiedzieć gorzej... Natomiast coś tak ostentacyjnego zwykle kończy się obcasem wbitym w czoło. No tutaj byłoby to obuwie sportowe, więc obyło by się bez głębokich ran wymagających szycia, natomiast spory siniak by wystąpił.
PSY nie można odmówić skrupulatności w sprawdzaniu czystości podłogi, w teledysku nieustannie się z nią konfrontuje, od małej windy, po dość duże hale. Czy jest wysłannikiem sanepidu nie wiem, ale bałabym się takich gorliwych przedstawicieli.
I na koniec... bo prawdziwy raper poradzi sobie nawet przyłapany podczas kąpieli, tudzież w ubikacji. Istny artysta wyzwolony.
Tym właśnie sposobem dobrnęłam do miejsca, w którym zwykle pojawia się podsumowanie. Choć za bardzo nie wiem jak to ogarnąć. Jak dla mnie ten utwór to jedna wielka mieszanina wszystkiego co komiczne z czymś co pozbawione jest głębszego sensu. Choć w jakiś sposób można sobie wyobrazić, że PSY zdobywa tą swoją Lady, nie wiem tylko czy owym pełzająco-skaczącym tańcem, czy poetyką teksu i to jest niejako myśl przewodnia klipu. Przy okazji pozwalając nam zwiedzić kawałek Seulu. Mnie osobiście piosenka i teledysk całkowicie rozbroiły i w sumie zaintrygowały, czym też w nadchodzącej przyszłości ten artysta może zaskoczyć.
A jak Wy odbieracie klip? PSY zyskał sympatię, czy sprawił, że macie ochotę zrobić laleczkę z jego podobizną i wbijać doń szpilki jako zasłużoną karę za zniewagę k-popu?
Pora dokończyć obiecane coś. Jednak pomimo wakacji cierpię na chroniczny brak czasu. Dni całkowicie zapełniają piętrzące się czynności. I nawet muszę przyznać, z całkowicie spuszczoną głową, że pomimo iż jestem w domu kilka dni, nie zdążyłam się jeszcze całkowicie rozpakować. Zdołałam jednak podjąć się zadania iście niemożliwego, czyli oczyszczenia mojej szafy z rzeczy zbędnych... i wyszło tego całkiem sporo. Aż zdziwiłam się ile niepotrzebnych ciuchów mogą pomieścić szuflady. Eghm... eghm... ale o czym to ja miałam...
A no tak...
Moja lista linków Part II. Tym razem kierunek Korea Południowa!
Z góry muszę stwierdzić, że nie ma ich tak dużo jak poprzednio. Ale coś się znalazło, jeśli mnie olśni, że o czymś istotnym zapomniałam uzupełnię później. Jak na teraz uzbierało się tego tyle:
Pop kultura:
- Ciekawe artykuły, nieraz traktujące trochę bardziej na poważnie o koreańskich idolach: http://seoulbeats.com/
- Jeśli lubicie podśpiewywać największe hity koreańskiej sceny muzycznej a zwykle wychodzi jedno wielkie bul bul bul... strona z uproszczonymi tekstami piosenek: http://kpopclass.blogspot.com/ jest tu tego trochę.
- Korea.com: http://en.korea.com/
Po tygodniu od obrony, przeprowadzki i generalnego dochodzenia do stanu normalności, po tygodniu odwyku od globalnej sieci wróciłam do domu i całe odwykowe leczenie poszło w las. Zaległości z ostatnich kilku dni powoli zostały nadrobione. A było co nadrabiać. Takiego zatrzęsienia nowych teledysków nie widziałam dawno. I tym też sposobem od jakiegoś czasu magluję I love you 2NE1. Początkowo siedząc na plantach z niezwykłej urody różowym laptopem koleżanki i przesłuchując urywki nowego singla myślałam sobie: całkiem spoko. Nawet kiedy pierwszy raz oglądałam video miałam podobne spostrzeżenie. Jednak muszę stwierdzić, że im dłużej słucham tej piosenki, tym bardziej się w nią wkręcam. I coś mi się zdaje, że będzie to jedna z tych nut katowanych do... no sami możecie się domyślić. I przyjdzie taki czas, że i oczy i uszy zamykać będę na wspomnienie tytułu. A póki co gibam się rytmicznie do taktu i wlepiam ślepia w monitor, nie mogąc się napatrzyć na teledysk. Choć sama nie wiem w czym tkwi sedno.
Z jednej strony oczywiście można było się spodziewać popisu modowego, z drugiej strony zadziwia to, że jest taki... przystępny. Bo w sumie można by się było przywdziać w każdą ze stylizacji. Może nie przy takim zatrzęsieniu złota i w taki krzykliwym zestawieniu, chociaż... w sumie... czemu nie :P. No i nie da się nie zauważyć swoistego sprzężenia ze stylizacjami Big Bang. Tym razem różowe włosy nosi Dara, choć oczywiście GD też do owego koloru powrócił, co prawda w bardziej majtkowym wydaniu, ale zawsze. Co do reszty niezwykle przemawia do mnie cała sceneria teledysku. Kolory, miejsca, ten padający deszcz i śnieg, pomimo że w realu przeklinam tą kombinację. A ujęcia w wagonie pędzącego pociągu stylizowanego na początek XX wieku są moimi totalnie ulubionymi, choć moment z ulicą i przechodniami pod parasolami też jest niczego sobie. Nie ukryję też faktu, że bardzo chętnie buchnęła bym łóżko Bom i kwiaciaste lampy... Oj złe instynkty się we mnie budzą. Pomiędzy tymi westchnieniami ciągle jednak kołacze się pod czachą pytanie: po co CL włazi na latarnię morską, bo nawet jeśli jej ukochany jest marynarzem to przy takiej widoczności mało prawdopodobne, by go gdzieś wypatrzyła, mgła owija jej stopy. Podejrzewam, że on też miałby problemy, by ją zobaczył gdy reflektor błyska po oczach. Ale może się mylę, w sumie jestem góralką. A górale raczej nie są specjalistami od latarni morskich. Znowu zapętliłam się w niezwykłej wagi problem egzystencjalny, który prawdopodobnie jest fascynujący jedynie dla mnie.
Jeszcze może tylko wspomnę, że występ w SBS i to całe zoo, zarówno pływające w sadzawce przed sceną jak i siedzące na ramieniu CL, niezwykle mnie zafascynowało. Zastanawiam się jak te biedne kaczki nie sfiksowały przy energetycznym beat'cie i szalonej grze świateł. Choć może to jacyś super nowocześni robotyczni przyjaciele z niedalekiej Japonii. A może dosypano im valium do ziarna... nie mam pojęcia.
Pogoda dziś dziwnie nastraja. Nie to, że źle. Nastrojowo zupełnie ok, jednak fizycznie jako-tako. Już czuję, że jakaś grupa bakteryjnych ninja przyczepiła się do mojego nosa. I już kicham, nie tylko na zdrowie i na picie... ale znacznie dalej. I tak chodzę i psikam, jakbym miała alergię na rzeczywistość. Wczoraj zmuszona zrobić zdjęcie do dyplomu (poważna sprawa) biegałam po metropolii zwanej Żywcem. Nie lubię oficjalnych zdjęć, człowiek zawsze wychodzi na nich dziwnie, co najmniej. Do tego wszystkiego, bardziej tym razem mama, niż potrzeba, zmusiła mnie do kupienia sandałów. Choć potrzeba była, ale nie aż tak nagląca*. Zwykle nie lubię kupować butów, bo jak coś nabyć muszę, to nigdy, nigdzie nic w tej materii znaleźć nie mogę. A jak już znajdę coś, na co przybieram wygląd Kota ze Shreka, cena wymierna jest do wielkości moich oczu, tudzież oczu owego kota**.
Chyba, że... no oczywiście... lumpeksy xD. Tego dnia nie wiązałam z nimi zbytnich nadziei, a tu proszę: biała koszula, szara koszulka i sandały. Oczywiście ten maraton, a potem stanie pod zadaszeniem kilkanaście minut w trakcie gwałtownej ulewy, odbiły się na moim samopoczuciu. Wspomniane wcześniej objawy wystąpiły ze zdwojoną siłą, a ja już o 22 przypominałam sflaczałą gąbkę i leżąc pod pierzyną modliłam się, by dziś było lepiej i no cóż... jest :).
*Fakt przyjechałam z Krakowa w moich butach czarownicy, które nie
pasowały zbytnio na procesję, było ciepło... a ja.. hmm... buty ponad
kostkę. Jakoś niespecjalnie się tym przejęłam, jednak mama wytoczyła
działa. Ale jak z Krakowa wyjeżdżałam zimno było! Na nic jednak
tłumaczenia :P.
** Prawdopodobnie jest to bardziej obrazowe.
1. Wczorajszy zakup, sandały skórzane. 2. Buty Alba Moda. 3. Sandały na obcasie Gino Rossi, dar od dobrego ludzia :).
...
Trochę ciemne wyszło. Ale biały nietrudno sobie wyobrazić, guziczki złote, a co! Tak na bogato.
Big Bang ponownie wypuścił teledysk. Przez kilka dni YG dostarczał nam teaser'y z poszczególnymi członkami zespołu, doprowadzając fanów do białej gorączki. W moim przypadku prawdziwa ekscytacja nastąpiła przy innym kawałku, ale o tym później. Generalnie wszystko było ok, do czasu aż ujrzałam image Daesung'a. Zasadniczo ciężko reaguje na tlenione włosy. Jednak kiedy zobaczyłam stylizację z teledysku, w tej białej mechatej... jakkolwiek się to nazywa? Pierwsze o czym pomyślałam to: Daesung co oni Ci zrobili?! Choć powinnam być już przygotowana na wszelkie awangardowe wyskoki z ich strony. I za każdym razem kiedy wydaje mi się, że tak właśnie jest, oni wyciągają asa z rękawa i pokazują jak bardzo się myliłam. I tak też było tym razem... bo kiedyż zobaczyłam kawałek w pełnej krasie, to nie Daesung o mało nie spowodował mojego zejścia śmiertelnego, ale... tak właśnie: Taeyang. Na wszystkie potworności świata! Niewątpliwie jest jest to najbardziej zadziwiające monstrum z jakim przyszło mi się spotkać :). Rozbraja samym wyglądem, w tym fachu chyba się to chwali... prawda?
...
Poza tym jest to istny popis możliwości fryzjerskich koreańskich stylistów, bowiem fryzury Bangów przepoczwarzają się z każdą minutą. A to GD w wersji albinoski muchomor, transformujący się w czerwonego rogatego potwora, by skończyć jako demoniczny kogut. Taeyang... no cóż to trzeba samemu zobaczyć, żadne słowa tego nie oddadzą. Daesung natomiast balansuje między artystycznym miszmaszem z efektem "kontakt-z-kontaktem", a idealnie prostym asymetrycznym cięciem. W tej gromadce najmniej zmieniają się Seungri i TOP, choć ten z dumą nosi spory kapelusz,spod którego łypie złowieszczo.
Choć piosenka podeszła mi po którymś z kolei odsłuchaniu, tak teledysk spodobał się od razu. Swoisty więzienny koloryt lokalny, jedno spojrzenie i wiesz, że nie jesteś w bezpiecznym miejscu, a najlepsze co można zrobić to wziąć nogi za pas. Atmosfera jak najbardziej adekwatna do tytułu. Cóż jeszcze można powiedzieć... kto zna Big Bang, dla tego wszelka moja gadanina jest niepotrzebna, a kto nie zna ten może pozna, no... masło maślane, ale wybaczcie lekko dziś niedomagam. Chwilowe położenie między wczorajszym DiscoMunication vol. 3, a jutrzejszym kolosem jest mało komfortowe, aczkolwiek znośne.
Jeśli chodzi o ostatnie tygodnie, dalej nie mogę się otrząsnąć po wielkim odkryciu Big Bang. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że z niezwykłym impetem wracają na scenę muzyczną z nowym albumem Alive. Poza tym zwykle byłam przyzwyczajona do sytuacji, że kiedy jedna piosenka obrzydnie słuchaczom, dopiero wtedy wypuszcza się nowy singiel. Ku mojemu zaskoczeniu Big Bang w przeciągu trzech tygodni zaprezentował trzy teledyski. Zaiste tempo kosmicznej rakiety. Zresztą nazwa zespołu mówi sama za siebie.
Tak oto 21 luty i Blue. Zdecydowanie melancholijny tekst. Tak, jestem świadoma, że koreańskie teksty nie są zbytnio zrozumiałe dla przeciętnego słuchacza, dlatego też odsyłam tu.
W kolejnym teledysku Big Bang pokazali jakie to z nich złe chłopaki. I (uwaga) wreszcie każdemu trafiła się dziewczyna, której mogli to oznajmić.
Gdy pierwszy raz odsłuchałam Fantastic Baby, pomyślałam: totalne szaleństwo, chciałabym zobaczyć do tego teledysk. I na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Jednak video okazało się jeszcze bardziej odjechane niż piosenka. Całkowicie. Zatem... Boom Shakalaka! :) A przez te szalone pieśce śniły mi się koszmary w nocy. Chyba jednak nie skłoni mnie to do nie-słuchania.
...
Taeyang, gdy mama mówi, że trzeba ubrać kurtkę, to należy jej posłuchać. Z każdym nowym teledyskiem jest z Tobą gorzej. W następnym zapewne będziesz zatopiony w bryle lodu jak wiewiór z Epoki Lodowcowej...
kadry: Big Bang- Blue, Bad Boy, Fantastic Baby
GD. Tak, włosy rosną. I czasami po prostu trzeba się wybrać do fryzjera. Rozumiem, jest to trudne. Nigdy nie obetną cię, tak jak chcesz. Ale chodzenie z trzymetrową grzywką nie wydaję się być zbytnio komfortowe, nie sądzisz? A Disney chyba nie ma w planach kręcić filmowej wersji Roszpunki, zresztą nawet gdyby... przykro mi, pewnie i tak nie został byś obsadzony w tej roli. Jesteś facetem.
kadry: Big Bang- Blue, Bad Boy, Fantastic Baby
Podsumowując. Choć rękami i nogami się przed tym broniłam, właśnie napisałam posta dotyczącego k-pop'u. Zapewnienia, że nie jest się fanem tej pokrętności, przestają kogokolwiek przekonywać. Przychodzi mi jedynie pogodzić się z tym faktem.
Jeszcze tylko dodam, że GD na scenie to istny żywioł. Przypomina mi trochę Muppeta? (może to ta grzywa... albo ten taniec...) Skrzyżowanego z jakąś amazońską żabą motającą się we wszystkie strony :P <tutaj> I na prawdę mówię to z całkowitą sympatią. Dla mnie jest mistrzem sceny.
Jak to mówią, wszystko co dobre kiedyś się kończy... czy jakoś tak. Wyczekiwany posesyjny wypoczynek również. Co napełnia nas niesamowitym smutkiem. Nic to jednak! Zaczyna się nowy semestr, a to znaczy że kolejne egzaminy za jakiś czas dopiero. Hurey...! I wiosna coraz bliżej. I dzień dłuższy. Same pozytywy.
A z teraźniejszych spraw. Wczoraj za dobrowolnym przymusem Sis zabrałam się za dekorowanie szarego swetra. I po raz kolejny obiecałam sobie: "drugi i ostatni raz", dlaczego? Bo robiłam na nim napis, czyli to czego nie lubię najbardziej. Strasznie żmudna i nudna robota. A pracę trzeba sobie jakoś umilić, szczególnie jak siedzicie nad tym w sobotę wieczór...
Tym też sposobem zabrnęłam w tereny, których konsekwentnie unikałam przez jakieś ostatnie pół roku, czyli od czasu kiedy moje zainteresowanie z Japonii przeskoczyło raptownie na Koreę. A mianowicie twórczości grupy Big Bang. Co przyznam się jest dość nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, że jest to chyba najbardziej znany z azjatyckich zespołów na Zachodzie. Ja natomiast omijałam go definitywnie łukiem o duuuużym promieniu. Nie to bym zupełnie o nim nie słyszała... jednak za każdym razem jak włączałam ich singiel, czy za pośrednictwem EYK, czy na YT, no cóż... mój gust muzyczny jakoś się przed tymi beat'ami stanowczo wzbraniał i zupełnie nie podchodziły mi te kawałki. Ostatnio jednak zaczęłam oglądać IRIS, gdzie gra jeden z członków zespołu, T.O.P., na początku oczywiście nie miałam pojęcia kim on jest (T.O.P. nie mówi zbyt wiele) potem wygooglowałam dramę i sprawa stała się jasna. Jednak do samego zespołu dotarłam dopiero wczoraj, z bliżej nieokreślonych przyczyn, nawet nie pamiętam jakich. Na początku było ciężko. Tak na prawdę pierwszym teledyskiem, który do mnie przemówił był Beautiful Hangover... Taaa... w Korei nawet kace są piękne:) Całkiem dobrze się do tych beat'ów machało pędzlem. Potem zobaczyłam teledysk i niesamowicie mnie zaskoczył, bowiem ani G.D. ani T.O.P. nie mają tlenionych, czy (o zgrozo!) niebieskich włosów. W dodatku zwykle kolorowe, czy też buntownicze stroje zastępują garniakami. I wierzcie mi, wyglądają znacznie korzystniej. Co do tekstu... no cóż treść... jakieś -100 pod jakimkolwiek przekazem. Ale niewiele rozumiałam, to mnie ratowało.
A... tej kryształowej świni też nie zrozumiałam. Ludzie mają zwykle słonie... twardziele względnie jakieś lwy, Big Bang natomiast ma świnie. Może jest w tym jakaś głębsza filozofia, której ja nie pojmuję. I może ktoś mógłby mi to wyjaśnić... no bo.. świnia?