Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lipca 2015

Zmiany

I opuściłam Kazimierz. Choć Lemurowy nie odnotował, że się tam w ogóle pojawiłam. Od mojego ostatniego wpisu czas galopował jak szalony. Po tak długiej przerwie nawet nie wiem co napisać. Siedzę w nowym miejscu i myślę o tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku. Upał zniechęca do odkrywania nowej okolicy, jednak to co zdążyłam już zobaczyć, bardzo pozytywnie mnie nastraja (Targ po drugiej stronie ulicy!). Brakuje mi dziś kreatywności, więc po prostu wyłożyłam się na mojej rozpadającej się amerykance (Spoko, spoko, za miesiąc przenoszę się do właściwego mieszkania. Tam będzie trochę lepiej. Na razie staram się uważać, by nie upaść na miejsce, w którym miękki materac łączy się ze skrzynią. Kto nigdy nie spadł w ten sposób, nie wie co to ból), nadrabiam książkowe zaległości w towarzystwie czereśni. Jest ok.

Siedzę i siedzę. Moknę i moknę.

Dotychczas.

Nowa okolica.


A skoro Kazimierz. To czas na żydowskie kołysanki. Ostatnio kumpela wyciągnęła mnie na koncert w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej. Cieszę się, że dałam się przekonać. Koncert był cudowny. A ja pewnie nie zachwyciłabym się tą muzyką, gdybym po prostu odpaliła ją z YT. 



piątek, 12 września 2014

I'm going...







Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami – rozmyślał Ryjek. – Widzi się je, jak pędzą w nieznane, i nagle nabiera się strasznej ochoty, żeby samemu też się znaleźć gdzie indziej, żeby pobiec za nimi i zobaczyć, gdzie się kończą…


niedziela, 9 marca 2014

Around Us

Ten moment, kiedy czujesz, że wszystko wkoło ożywa. Choć na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje. Nagie konary, uschnięte trawy, opadłe liście pod stopami. Ale potem dostrzegasz pierwsze bazie kotki, pierwsze listki trawy próbujące się przebić przez pożółkły gąszcz, a z oddali dobiega śpiew ptaków. Nogi niosą do miejsc dawno nieodwiedzanych. Dobrze, jak nie za dobrze.




Around Us by Jónsi

czwartek, 23 stycznia 2014

Ocalić od zapomnienia - fotografie Jimmiego Nelsona

Gdzieś tam skryci w dżungli, wędrujący po stepie, walczący z lodem. Nadal są, opierają się ekspansji współczesnego człowieka (Tego, któremu władze zapewnia karta kredytowa i umiejętność posługiwania się smartphonem, i który pewnie zginąłby marnie próbując się zmierzyć z tym co oni nazwaliby chlebem powszednim). 
Żyją własnym trybem, trybem zegara, który nie posiada wskazówek. Gdzie czasu nie próbuje się ująć w ramy organizera. Rytm wyznacza matka natura. Peryferia globalnej wioski, gdzie ostało się coś z dzikości i mistycyzmu dawnych pokoleń i tradycji. 

"Jimmy Nelson forces us to see, to understand and to remember before they pass away"

 

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam fotografię J. Nelsona zaniemówiłam z wrażenia. Oglądałam je w kółko chyba z godzinę, jeszcze raz i kolejny. Zachwycona odmiennością sposobów na życie. I pięknem, tak różnie pojmowanym i tak odmiennym od naszych standardów dyktowanych przez magazyny mody. Wolnym od typowych "must have" dzisiejszego świata. Wolnym od kanonów, złotego podziału i dywagacji teoretyków, którzy na próbach jego zdefiniowania zdarli sobie zęby. 

Czasem rzeczy giną w sposób niezauważalny dla świata. Odchodzą. Stają się jednym z elementów odwiecznej układanki. Dobrze, że są tacy ludzie jak J. Nelson, którzy podejmują starania, by coś z tej dawnej magii zachować.



Wszystkie fotografie pochodzą ze strony: http://www.beforethey.com/

Polecam przejrzeć całą galerię. Szczególnie portrety. Moimi ulubieńcami są chyba Kazachowie, ale może temu, że ich pierwszych zobaczyłam.




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Spiskie opowieści

Była przedświąteczna niedziela. Niemal tak piękna jak dzisiejszy poświąteczny poniedziałek. Tyle, że był śnieg, mróz i oblodzenie. Zdobywaliśmy górę. Niezbyt wielką. Ale zajęło nam to 40 min zdeterminowanego marszu po ośnieżonej drodze. Lód w trybie ninja czyhał ukryty pod  warstwą białego puchu podcinając nogi tym mniej przygotowanym na tego typu wyprawę. Nie znałyśmy do końca drogi... nie, właściwie w ogóle nie wiedziałyśmy gdzie iść. Widziałyśmy jedynie majaczącą na szczycie figurę kościoła, do którego miałyśmy dotrzeć. Znak był tylko przy pierwszym rozwidleniu, sęk w tym, że potem rozwidleń było więcej. Znaków natomiast nie. Zgubiłyśmy się jedynie raz. Wylądowałyśmy w polu... dosłownie. Gdyby to był dziki zachód w tym momencie przeleciałby taki krzaczasty kłęb gałęzi, które zwiastują, że bohater jest w miejscu, w którym być go zdecydowanie nie powinno. Ale dałyśmy radę. My byśmy nie dały! Nawet dogoniłyśmy ogon. Nie lekceważ potęgi mocy. Weź sobie Włóczykija za patrona. I byle do przodu. 

Góry mają to do siebie, że człowiek wchodząc na nie potrafi przekląć wszystko. Jednak jak już znajdzie się na ich szczycie zupełnie nie pamięta tego co tam mruczał pod nosem w czasie marszu. I chłonie widoki - chyba, że jest mgła i nie widzisz nawet swojego towarzysza stojącego dwa metry od ciebie - zdarza się i tak.  A potem następuje droga powrotna... 
Bandę z sankami spotkaliśmy niestety na samym dole. Gdyby zdołali wejść z nimi nieco wyżej... <demoniczny chichot> :P



I nasze zdobywanie szczytu:

Dziś też zdobywałam podobną górę. Z tym, że siedziałam na tyłach naszego transportowego wehikułu. Też było pięknie. Choć śniegu nie było. Był za to organista śpiewający Baranku Boży na melodię Jezu Malusieńki... *

*Taki mój muzyczny suchar na koniec. Ale wierzcie mi, było epicko.

czwartek, 2 stycznia 2014

Stars

Plan był idealny. Prosty, do spamiętania. Postanowiłam metodą małych kroków skupić się na dniu dzisiejszym. Nie myśleć o nadchodzącym tygodniu, miesiącu, a tym bardziej roku. Szło mi całkiem dobrze... przez jakąś godzinę. Książka, notatki i ruszamy z koksem. Ale potem wróciła mama i siostra. Gadka szmatka. W międzyczasie pojawiła się w mej głowie myśl o fotograficznych kombinacjach i oczywiście nie mogłam odłożyć na później - co widać poniżej. Na koniec zadzwoniła współlokatorka, że nasze wyrównanie za wodę jest niepokojąco wysokie. Astronomicznie wysokie. Wstępnie wykluczyliśmy pękniętą rurę - sąsiedzi z dołu chyba zauważyliby Niagarę w przedpokoju. Reinkarnację smoka wawelskiego, który ewentualnie mógłby niezauważenie przeleźć przez pół miasta i podpiąć się do naszego ujęcia. Komnatę Tajemnic za pralką oraz masońską intrygę. A biorąc po uwagę, że ilość lokatorów się zmniejszyła i nasze nawyki też nie uległy specjalnej zmianie - osobista głupotę też wykluczyłyśmy. Rok 2014 rozpoczynam samymi niesamowitościami. Z niecierpliwością czekam co też przyniosą kolejne tygodnie. Coś czuję, że będzie się działo.

Chyba Jędrzejów, zaćmienie słońca w Krakowie - jakoś jak byłam na drugim roku (?), Setnica.

A na koniec muzyczny akcent pełen optymizmu. Taaa... :P Ale ładne to. Ot, i tyle.

sobota, 28 grudnia 2013

The rhythm of my life

Uwielbiam zachody słońca. Zawsze wtedy ląduje przy oknie, tak się składa, że zarówno w domu jak i na krakowskim mieszkaniu są skierowane w odpowiednim kierunku. Wyłączam się na te kilka minut, narzekam, że aparat taki felerny i nie potrafi uchwycić tego piękna, po czym wracam do swojego zabiegania.

Jestem zdecydowanie nocnym stworzeniem.

niedziela, 23 czerwca 2013

Josef Hoflehner - ujmujący kontrast czerni i bieli

Josef Hoflehner jest jedynym z tych twórców, na którego fotografie mogłabym gapić się godzinami. Podziwiać majestatyczne sylwetki budynków wyłaniających się z tkanki miejskiej (tu króluje bez wątpienia Dubaj). Z niepokojem zastanawiać się co przyniosą, schwytane w bezruchu, złowieszcze chmury. Zachwycić się nad majstersztykiem stworzonej natury przyglądając się fotografiom ukazującym nagie konary drzew. Śledzić bajeczną grę światłocienia na tafli wody. Wszystko to w kontraście czerni i bieli.
Efekt zdumiewający, bez wątpienia powiesiłabym sobie jedno z tych zdjęć na ścianie. A w zasadzie to całą kolekcję. I nie mogąc oderwać wzroku od tego na co patrzę, zaczęłabym narzekać na rozrastającą się listę spraw do załatwienia.